Broniłam się jak mogłam, zapierałam rękami i nogami, jednak i mnie w końcu dopadło przeziębienie. Zdumiał mnie ten fakt tym bardziej, że od kilku lat udawało mi się przemykać niepostrzeżenie pomiędzy czyhającymi w powietrzu na nowe "ofiary" bakteriami i wirusami.
Od wczesnego dzieciństwa mama starała się nie faszerować mnie nadmiernie lekami, a tym bardziej antybiotykami, których chyba w ogóle nie przyjmowałam. Kosztem jaki ponosiłam było dłuższe pozostanie w domu i poskładanie swojego zdrowia "do kupy" przy pomocy sił organizmu.
W dorosłym życiu, gdy wkoło jest prawdziwe zatrzęsienie leków i tabletek na wszystko (ból, sen, nastrój, rozbudzenie, stres, miłość,...) staram się nie popaść w szał i nie dać wciągnąć w wir reklam, które atakują zewsząd i praktykuję tą metodę nadal :)
Jednak gdy już COŚ mnie dopadnie i stara się rozłożyć na łopatki, atakuję! Jak przystało na fighterkę ;)